No bardzo felerny dzień- oby tylko ta pierwsza połowa.
Oczywiście moja "ukochana" chemia od samego rana. Przywitano nas kolokwium o którym nikt nie miał pojęcia, ale co tam, trzeba napisac.
Później jak się okazało chyba większośc taki dzień mają... na lab. wszystko się delikatnie mówiąc hmm... kręciło. Jak nie zbijało się szkło, to wypadały kolby z rąk rozlewając wszytsko dookoła... albo zwyczajnie woda uciekała węży pryskając na wszystkie strony, bo przecież tzreba mocno odkręcic, żeby działało. I zostałam zlana strumieniem wody przez czyjąś nieuwagę... pięknie.
Prawie nikomu nie wyszło zadanie, bo oczywiście jesteśmy tymi doświadczalnymi.
Żebym miała ciekawiej ostro poraził mnie prąd, tak, że całe dalsze zajęcia dałam radę tylko siedziec. Zwyczajnie rozlazł się po prawej połowie uciekając aż do samych końców stopowych palców... eh. Aż do teraz ciśnie mnie od tego w klatce.
To wszystko w czarujących oparach naftalenu i alkoholi, które towarzyszą mi dzielnie skrywając się w zakamarkach moich ubrań.
A teraz znikam na dalsze chemizowanie mojego umysłu...
no nie ma to jak wpaśc na pół h do domu, gdzie droga to 1,5 h w jedna strone, a potem trzeba wrócic.
Wszystko wali mi się na głowę!
Widzę siebie jako niesamowicie bardzo samotną kobietę bez przyszłości- ja naprawdę nie chcę byc pustelnikiem. Chyba pomału pogrązam się w otchłani rozpaczy.